DOŚWIADCZENIE
& O MNIE w trzech wersjach:
I krótko - II szerzej - iii autobiograficznie
MARTA WACOWSKA
Rehabilituję oraz utrzymuję w dobrym zdrowiu moich końskich podopiecznych łącząc akademicką sztukę jeździecką z terapiami manualnymi i masażem. Po długoletnich doświadczeniach opracowałam kompleksowe programy rehabilitacji koni.
Moją pasją jest zgłębianie wiedzy na temat zdrowia oraz prawidłowego funkcjonowania – umysłu & duszy & ciała – konia i człowieka.
Pracuję głównie na terenie małopolski i śląska. Jest możliwość umówienia wizyt w innych rejonach Polski w ramach trasy, kliniki lub dojazdu na pojedyncze sesje. Wykonuję terapie manualne i masuję moich końskich pacjentów głównie po zachodniej i wschodniej stronie Krakowa. Prowadzę konie w ramach programów rehabilitacyjnych oraz rozwijam w kierunku ukształtowania właściwego wzorca postawy i ruchu, wyrównania asymetrii, czy przebudowy mięśniowo-szkieletowej.
II więcej O MNIE
MOJA FILOZOFIA
więcej o mnie
Zajmuję się utrzymywaniem w zdrowiu i sprawności końskich organizmów oraz pomagam jeźdźcom w znalezieniu porozumienia z ich końmi. Specjalizuję się w kinezyterapii – terapii ruchem oraz w znajdowaniu i usuwaniu przyczyn blokad i bólu w ciele konia – w ramach autorskich programów rehabilitacyjnych dobieram i łączę odpowiednie dla danego przypadku uzupełniające się wzajemnie terapie manualne i masaże.
Człowiek i jego wierzchowiec oddziałują na siebie wzajemnie, a zwyrodnienia i problemy są odczuwalne przez drugą istotę w czasie jazdy. Aby jeszcze lepiej pomagać jeźdźcom w zyskaniu lub utrzymaniu sprawności dla dobrego przygotowania do jazdy wierzchem oraz dla rozwinięcia własnego szerszego holistycznego spojrzenia na biomechanikę ruchu nie tylko konia, ale również i człowieka zostałam studentką medycznej szkoły masażu ludzkiego. Dodatkowo ciągle dokształcam się uczestnicząc w dających certyfikację kursach (i planując już kolejne).
W ramach treningu rehabilitacyjnego koni wykorzystuję Academic art of riding. W polskim tłumaczeniu nazwa ta funkcjonuje jako Akademicka sztuka jeździecka albo po prostu jazda akademicka. Szerzej o tej metodzie pracy z końmi możecie poczytać w moich tekstach – śledząc moje witryny internetowe i media społecznościowe, czy na polecanych przeze mnie platformach trenerów akademickich.
Jestem założycielką i autorką strony „Tionatamwet – programy rehabilitacji koni” oraz bloga HIPODROM & PALESTRA.
Witrynę – którą podobnie jak moje logo stworzyłam i zbudowałam samodzielnie – oparłam na koncepcji strony – galerii. Dzięki obrazom inspirowanym przeszłymi epokami lub jeździeckimi traktatami historycznymi chciałam zabrać czytelników do czasów, w których praktykowano historyczną szkołę jazdy – dziś świetnie sprawdzającą się w rehabilitacji koni, a niegdyś służącą umożliwieniu walki na broń białą w menzurze kawaleryjskiej oraz utrzymaniu sprawności i skuteczności wierzchowca na polu bitwy.
Zapraszam do komentowania oraz inspirujących rozmów. Zgłębiamy tutaj tajniki rehabilitacji, fizjoterapii, terapii manualnych, ale również rozwoju osobistego, czy komunikacji międzygatunkowej.
W tej przestrzeni dzielę się z Wami moim wieloletnim doświadczeniem w treningu koni i ludzi, które nabyłam w trakcie mojej trwającej już trzy dekady jeździeckiej przygody. Moją wiedzę na temat mechaniki ruchu ludzkiego ciała i jego limitów wzbogaca czas kilkunastu lat eksplorowania świata sztuk walki.
moja filozofia
Moim podopiecznym – końskim pacjentom i uczniom staram się przekazać wiedzę i wytłumaczyć – jak mają dbać o swoje ciało oraz budować w sobie spokój ducha i świadomość ruchu – w taki sposób, aby było im jak najłatwiej zrozumieć to co chcę przekazać w ramach lekcji.
Każda istota jest inna i dąży do złapana własnego rytmu, każda ma swoje ograniczenia i potrzebuje czasu, aby przygotować swoje ciało i umysł do wykonywania najpierw łatwiejszych, a później trudniejszych ćwiczeń. Kierując się zawsze szacunkiem dla indywidualnego procesu rozwoju człowieka, czy zwierzęcia przede wszystkim sprawdzam na jakie ćwiczenie, czy choćby ruch w danej chwili gotowy jest student lub koń w treningu.
Czasem problem w przejściu na kolejny poziom tkwi tylko w skupieniu, czasem jest to problem w ciele, które albo jeszcze nie ma odpowiednio silnego, elastycznego i pozbawionego blokad szkieletu mięśniowo-powięziowego. Jeśli mogę przyspieszyć proces treningowy poprzez manualne zniesienie ograniczenia wykonując terapię manualną to robię to na miejscu w ramach sesji treningowej lub w ramach planu poszczególnych sesji. Lubię na bieżąco czytać ciało konia i dopierać odpowiednią terapię. A jeśli pracuję z ziemi z koniem bez obciążenia ze jeźdźca, to mogę sobie pozwolić na sporą dowolność w tym temacie. Człowiekowi zalecam konkretne ćwiczenia przygotowujące jego ciało do jazdy wierzchem i jeśli jestem w stanie, to również wykonuję terapię manualną. Jeśli znam specjalistę, który w bardziej biegły sposób wykona konkretną pracę z ciałem, to proponuję taką zewnętrzną współpracę. Niezwykle istotne jest aby terapeuta i pacjent rezonowali energetycznie, więc czasem po prostu dobrze znaleźć kogoś kto jak lepiej wsłucha się w potrzeby pacjenta.
Jestem zafascynowana teorią poliwagalną i rolą układu nerwowego w skutecznym zapisie wiadomości w mózgu, zatem przede wszystkim dbam o skupienie i warunki, w których nauka jest jak najbardziej efektywna.
Moją pasją jest nieustanne doskonalenie się i rozwijanie własnej świadomości i wiedzy w istotnych dla mnie tematach. Zachęcam do tego innych i mam nadzieję, że jeśli przekażę komuś cenny kawałek wiedzy, czy obudzę chęć do własnych poszukiwań, to może uda mi się moją ukochaną ziemię uczynić odrobinę piękniejszym miejscem do życia.
Czerpię radość z dzielenia się odkrywaną przez lata magią. Czym ona dla mnie jest? Porozumieniem z drugą istotą, obserwowaniem jak poprzez rozwój ciała koń staje się piękniejszy, jak odzyskuje błysk w oku dzięki zaufaniu i poczuciu wolności, które daje mu możliwość wyrażenia się bez strachu. Cudownie jest doświadczać serdecznego ciepłego uśmiechu drugiego człowieka, czy widzieć jak z postawy konia uzyskanej dzięki prawidłowemu treningowi biomechanicznemu bije gracja, dostojeństwo i duma z powodu zyskanej przez zwierzę w procesie edukacji zdolności do wykonywania ćwiczeń na różnym stopniu zaawansowania. To co uwielbiam w jeździe akademickiej, to to, że każde ćwiczenie ma sens, jest logiczne i ukierunkowane na konkretny rezultat, którym jest zbudowanie zdrowego ciała, co znowu przekłada się na zaangażowanie i zadowolenie konia z treningów. Jeśli jeździec cieszy się z każdego małego sukcesu, to zwierzę również to odczuwa i obie istoty mają satysfakcję ze wspólnej pracy.
Spis certyfikowanych kursów jakie ukończyłam znajdziesz na końcu tej strony po przewinięciu prawie na sam dół ↓
Droga, którą docierałam do miejsca, w którym jestem teraz była na prawdę długa. Każdy etap tej historii przyniósł mi jakieś cenne doświadczenia, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Uważam, że wszystko co przeżyłam w relacjach z końmi – nawet kiedy byłam dzieckiem – miało duże znaczenie, ponieważ ukształtowało nie tylko mój sposób pracy z końmi, czy dalszą drogę poszukiwań w celu doskonalenia się, ale również przyniosło mi wiedzę o tym co przynosi mi prawdziwą radość, a co dla mnie nie działa. Miałam również porównanie różnych rodzajów pracy z końmi z różnymi charakterami i mierzyłam się z wieloma wyzwaniami. W tamtych czasach bardzo chciałam, aby ktoś powiedział mi to co wiem dzisiaj. Odczuwałam sporą frustrację z powodu tego, że osoby, które powinny mieć konkretną wiedzę nie dawały mi odpowiedzi na pytania, które mnie nurtowały. Szukałam latami aż nie znalazłam specjalistów, dzięki którym wreszcie poczułam, że wszystko jest na właściwym miejscu. Uczyłam się brać od ludzi to jak postępować i jak nie postępować. I to była jedna z ważniejszych lekcji, podobnie jak zdolność uporania się z tym, że moje autorytety od których wymagam profesjonalizmu, także pod względem moralnym, nie zawsze są w stanie spełnić moje oczekiwania. Wiele przeżyłam sytuacji, w których gdyby nie moja pasja, kto wie, może zostawiłabym wszystko za sobą. Wiele lat temu pomyślałam o miejscu, w którym mogłabym odkrywać tajemnice jeździectwa przed innymi pasjonatami, takim do jakiego chciałabym mieć dostęp w mojej przeszłości. Tak powstała idea strony, do której prowadzenia przygotowywałam się nieświadomie przez większość mojego życia i świadomie przez prawie siedem lat. Dzisiaj cieszę się, że musiałam przejść tyle różnych zakrętów, dzięki czemu mogę zrozumieć i wytłumaczyć istotę jazdy konnej, czy opowiedzieć jak mierzyć się z konkretnymi sytuacjami lub do nich nie dopuszczać, czy poprowadzić moich uczniów od razu we właściwym kierunku.
Wspólnym mianownikiem tych trzech dekad poszukiwań było dla mnie to, że podążałam za intuicją, słuchając tego co mówią mi konie i moje własne emocje, z którymi również uczyłam się pracować, aby porozumieć się z tymi wyjątkowymi istotami. Te lata styczności z nimi nauczyły mnie wiele nie tylko na płaszczyźnie komunikacji ze zwierzętami, ale również ze sobą, czy z innymi ludźmi. Jestem wielką fanką programów rozwojowych z końmi i jestem wdzięczna, że wspaniała Agata Wiatrowska, którą szczerze podziwiam wprowadziła te programy do Polski i dzieli się w dużej mierze bezpłatnie swoją wiedzą. Sądzę, że pomogła i pomoże jeszcze wielu osobom w tym co najważniejsze, czyli we wzrastaniu w miłości i stawaniu się najlepszą wersją siebie. Jej działalność jest dla mnie pod wielką inspiracją. Życzyłabym sobie, żeby moja wiedza trafiła do ludzi i pomogła im przynajmniej w jakiejś części w takim zakresie jak HorseSense. Na mojej stronie zamierzam dzielić się z Wami metodami pracy, które pozwolą Wam czerpać radość z jeździectwa, a waszym koniom funkcjonować bez bólu – w dobrym zdrowiu. Opowiem Wam też o różnicach pomiędzy historycznymi i współczesnymi metodami pracy i postrzeganiu biomechaniki ruchu przez dawnych mistrzów jeździeckich i dzisiejszych trenerów sportowych. Chciałam zabrać Was na wycieczkę w przeszłość, stąd zbudowałam od zera swoją stronę samodzielnie na koncepcji tematycznej galerii nawiązującej do metod pracy z końmi w dawnych wiekach.
Jeśli jakieś treści na mojej stronie lub moim blogu HIPODROM & PALESTRA z Tobą zarezonują, to proszę daj mi znać.
A teraz zapraszam Was do dłuższej podzielonej na siedem rozdziałów opowieści w formie swoistego kalendarium opowiadającej o tym jak wyglądała moja ścieżka i kim się stałam. Mam też nadzieję, że będziesz dobrze się bawić czytając niektóre moje przemyślenia i hippiczne anegdoty sprzed kilku dekad, którymi okrasiłam poniższy wpis. Ale jeśli chcesz po prostu więcej wiedzieć o tym co robię obecnie, to możesz od razu skoczyć do ostatnich lat z załączonymi galeriami.
III AUTOBIOGRAFICZNIE O DOŚWIADCZENIACH Z KOŃMI PRZEZ LATA
MOJA PODRÓŻ
.....czyli opowieść, która zaczyna się pewnego zimowego wieczoru roku pańskiego 1994... i trwa do dzisiaj...
Śmieję się, że urodziłam się po to, by realizować moją ścieżkę serca, którą wybrałam jeszcze jako dusza na planie astralnym, czyli aby robić w życiu dokładnie to, czym dzielę się z Wami tutaj [link BLOG].
Pierwsze kroki w jeździectwie
i/vII
(1994-2000)
Prawie nie pamiętam życia „sprzed koni”, może dlatego, że kiedy w nim zagościły na stałe, to wyraźnie nabrało ono kolorów. Te czterokopytne stworzenia przybliżają świat duchowy tym, którzy skupiają się tylko na sprawach doczesnych, ale jednocześnie tym bujającym w obłokach pomagają osadzić się w rzeczywistości. Te niesamowite właściwości sprawiają, że ludzie wsłuchujący się w język, którym konie komunikują się z nami łatwiej znajdują równowagę pomiędzy różnymi istotnymi sferami życia. Zapewne nie zdawałam sobie z tego sprawy jako dziecko, ale myślę, że czułam to intuicyjnie. Wiedziałam, że kocham te stworzenia, a przebywanie z nimi daje mi szczęście i pozwala funkcjonować z większą lekkością. Może dlatego będąc małą dziewczynką często śniłam o koniach i ich mistycznych formach. Pewnego dnia zakomunikowałam, że nie wystarczą mi już wakacyjne przejażdżki na kucykach. Zawsze będę wdzięczna rodzicom, że kiedy nie mogłam jeszcze sama realizować mojej pasji oni mnie wsparli.
Nie zapomnę pierwszego ulubionego konia imieniem Matras, delikatnego dżentelmena, który okazał mi tyle cierpliwości i życzliwości. Poznałam go mroźnym styczniowym wieczorem w 1994 w stajni, do której zabrała mnie mama. Później regularnie woził mnie tam tata. Dla mnie ten czas zawsze był najszczęśliwszy i wyczekany. Nie wiem czy znajcie to uczucie- takiej niecierpliwej tęsknoty za tym co wydarzy się za chwilę, uczucie ekscytacji, które nazwałabym „radosnym niepokojem”. Z przejęcia ciężko nawet oddychać. Takie uczucie towarzyszyło mi jeszcze przez długie lata, kiedy tata zawoził mnie „na konie”. Podobne przeżycia czasem dawało mi tylko pisanie lub naprawdę fascynująca rozmowa z kimś dla mnie wyjątkowym.
Początkowo jeździłam po prostu rekreacyjnie w różnych stajniach, gdzie była okazja w weekendy czy podczas ferii i wakacji na turnusach kolonii jeździeckich. Kiedy skończyłam dziesięć lat rodzice zgodzili się, żebym jeździła z koleżankami w podobnym wieku w miejscu do którego mogłyśmy dotrzeć same autobusem po szkole. Byłam też na kilkunastu obozach konnych w różnych miejscach w Polsce.
W tamtych czasach nauczyłam się jak przygotować konia do jazdy i jak zatroszczyć się o niego później, jak wyczyścić kopyta, odłowić z padoku, czy okiełznać i osiodłać. Wtedy każde dziecko musiało to potrafić. Oczywiście przy wyższych koniach, jeśli byłam za niska, żeby coś zrobić sama prosiłam o pomoc. Jako sześciolatka wiedziałam, że po jeździe należy również umyć wędzidło, czy odłożyć na miejsce starannie poskładany sprzęt i szczotki. W dwudziestym pierwszym wieku w szkółkach jeździeckich nie jest to tak powszechne, więc cieszę się, że zaczynałam wtedy. Jednak w poprzednim stuleciu podchodziło się trochę inaczej do kwestii wyzwań jakie stawiano przed dziećmi, czy może powiedzmy otwarcie do kwestii bezpieczeństwa. Nie było kasków, ale toczki o dyskusyjnych walorach ochronnych. Dorośli machali ręką na pomysły młodych adeptów jeździectwa, z których ich szkielet mógł wyjść niekoniecznie w stanie nietkniętym. W programach obozów konnych były ciekawe punkty programu w lecie było powożenie, zimą trzeba było to jakoś zastąpić. Zatem organizowano kuligi, za którymi siedzieliśmy na sankach. Podczas dzikiej przejażdżki po hipodromie wiele saneczek się wywróciło, a mnie szyna przejechała po nodze.
Czasem zastanawiam się jak przeżyłam tamte lata i przypisuję to jeszcze plastycznemu kośćcowi i boskiej opatrzności. Upadki na kręgosłup, po zbiorowych spłoszeniach koni na ujeżdżalni, lub bliskie spotkanie z kwarcem ujeżdżalni, kiedy strzemię nie chciało się ze mną rozstać. Upadki do rowów w czasie terenów, galopady kończące się zatrzymaniem dzięki drzewom lub krzakom, które uprzejmie znalazły się w potrzebnym miejscu. Później człowiek dochodził do wprawy. Zdarzało się, że spadałam już bez większego szwanku stając na nogi i trzymając konia w ręku, czy po tym jak koń się wspiął i usiadł spokojnie schodziłam zanim przewrócił się na plecy. A może to zasługa zajęć z woltyżerki? Parę dekad temu – może z powodu braku takich rozrywek jak Internet, czy telefon komórkowy – młódź zawyżała swoje umiejętności jeździeckie, żeby instruktorzy zgadzali się na robienie rzeczy, do których dzieciaki nie były przygotowane. I tak jako dziewięcioletnia dziewczynka, która przecież na obozach była w grupie zaawansowanej będąc na wakacjach nad morzem z rodzicami pojechałam na galop, a raczej „cwał” po plaży. Kiedy prowadzący odwracał się z pytaniem czy wszystko w porządku ja uśmiechnięta od ucha do ucha podnosiłam kciuk do góry, a w czasie galopad rzucało mną po siodle jak szmacianą lalką i modliłam się o to, aby wypełnić pierwsze zadanie jeźdźca, o którym jak już dziś wiem mówi Bent Branderup – „stay up there” – czyli utrzymaj się w siodle. W czasie tego terenu kobieta spadła i złamała nogę. Tak. Przez sporą część swojego dzieciństwa utrzymywałam rodziców w przeświadczeniu, że na prawdę nie stykam się z niebezpiecznymi sytuacjami.
Czemu opowiadam te historie? Bo wspomnienia z tych lat to dobra okazja do podzielenia się wieloma przemyśleniami. Po pierwsze z perspektywy czasu widzę jak wiele rzeczy się zmieniło w jeździectwie np. w kwestii podejścia do bezpieczeństwa, co daje nadzieję, że pewnie jeszcze wiele się zmieni, a jest co zmieniać. Po drugie, chociaż w tej chwili moja filozofia pracy opiera się na stopniowym realizowaniu zadań o różnym stopniu trudności, na które gotowy jest na danym etapie i koń i jeździec, to doskonale rozumiem chęć przeżycia pewnych rzeczy, czy dojścia do konkretnego poziomu umiejętności w jak Najszybszym czasie. Wiem, co znaczy chcieć coś poznać i doświadczyć. Jednak uważam, że nie warto narażać siebie i konia, kiedy ma się kogoś, kto poprowadzi proces edukacji w zrównoważony spokojny sposób. Kluczem do sukcesu w jeździe konnej jest cierpliwość, wybranie dobrego instruktora i zaufanie mu. Rozumiem, że czasem uczeń się niecierpliwi, jednak opanowanie podstaw na spokojnie w niższych chodach z wcześniejszym przygotowaniem ciała ćwiczeniami sprawia, że dzieje się magia. Jej nie można porównać z niczym. Wszystkie te przeżyte szaleństwa oddałabym za to, żeby szybciej poczuć tę harmonijną jedność z koniem. Pamiętam jak wiele lat czułam frustracje, ponieważ nie byłam w stanie znaleźć kogoś kto odpowie mi na nurtujące mnie pytania z dziedziny hippiki. Dzisiaj całe szczęście albo znam odpowiedzi, albo wiem gdzie szukać i chcę tą wiedzą dzielić się z innymi.
Rekreacyjne realia tamtych czasów miały swoje plusy i minusy. Za plus uważam samodzielność, której uczono i w sumie cieszę się, że w dzieciństwie przeżyłam to na co nie pozwoliłabym już moim uczniom, czy dzieciom lub czego nie robiłabym teraz. Natomiast często spotykam inne opinie na temat jeździectwa z zeszłego stulecia. I tu poruszę pewien trudny temat. Nostalgiczne wspominiki o wielkości, umiejętności i wartości trenerów i instruktorów z tamtych lat to legendy, które można włożyć między bajki. Często ludzie z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem używają takich chwytów dla zatuszowania nawyków, przekonania o własnej nieomylności i tkwieniu w dawnych nawykach i schematach na czym cierpią i konie i ludzie. Te memiczne treści często budują pewnego rodzaju otoczkę gloryfikującą tak samo szkodliwe metody szkolenia koni końca ubiegłego tysiąclecia jak te, które powszechnie spotykamy dzisiaj w sporcie. Wiele osób zwraca uwagę na problemy, które spotykamy w olimpijskim przemyśle jeździeckim i stopień odwrażliwienia sportowców, którzy używają różnego rodzaju wypięć i drastycznych metod szkoleniowych, które raczej nie były spotykane kilkadziesiat lat temu. Jednak wtedy nie było swobodnego przepływu informacji, więc też i wiedza o biomechanice ruchu i innych dziedzinach hippiki pozostawiała wiele do życzenia. A o pewnych sprawach nie wiedzieliśmy. Znam historię usłyszaną z ust świadka wydarzeń o zagranicznym trenerze olimpijskim, który przemocą zmuszał konia trzymanego większość czasu w zanieczyszczonym boksie do czegoś co miało być piaffem. Były też inne nieprawidłowości, które spotykamy też dzisiaj, jednak przynajmniej dziś dzięki internetowi możliwość zorientowania się w wielu tematach. I chociaż pojawia się w nim wiele błędnych informacji, to dużo łatwiej można znaleźć te właściwe, a kiedyś byliśmy zdani wyłącznie na to co dostaniemy na miejscu „analogowo”. Podam przykład. Do tej pory oczywiście można spotkać praktyki gdzie konie mają niedopasowany sprzęt, a jeźdźcom proponuje się jazdę na siodłach, które obcierają do krwi lub ustawiają ich ciało w bardzo szkodliwej fizjologicznie dla nich pozycji uniemożliwiającej prawidłowy dosiad, jednak dzisiaj można przynajmniej bez problemu znaleźć informacje
